Małgorzata prowadzona przez strażników zastanawiała się, po jaką cholerę jej to było i co ją do diabła podkusiło do tego idiotycznego wystąpienia. Strażnicy Gwardii sprowadzili Małgorzatę do więzienia, które znajdowało się w pałacowych lochach. Małgorzata ogólnie wiedziała, że pod pałacem są jakieś piwnice, i że Carlos trzyma tam czasem jakichś więźniów. Nie sądziła jednak, że jest to po prostu profesjonalne więzienie.
Prowadzona przez strażników wąskimi korytarzami, po ścianach których ściekała wilgoć, minęła paręnaście bocznych korytarzy, każdy oddzielony solidnie wyglądającymi kratami i każdy obstawiony przez co najmniej dwóch klawiszy. W końcu zatrzymali się przed jakimiś metalowymi drzwiami na końcu głównego korytarza i jeden ze strażników zagruchotał w nie pięścią, a echo rozniosło się i odbiło parokrotnie. Weszli do środka. Przy prostym, drewnianym biurku siedział tam jakiś bardzo nieprzyjemnie wyglądający człowiek, który zerknął na nich spode łba.
- Nowy więzień. – powiedział ten drugi strażnik, który do tej pory nie odezwał się przy Małgorzacie ani razu.
- Nie ma miejsc. – burknął główny klawisz.
- To wrzuć ją do kogoś.
- Ją? – zdziwił się główny klawisz i przyjrzał im się uważniej, po czym gwizdnął przez zęby i wstał. – Za mną. – rzucił i wyszedł.
Małgorzata nadal prowadzona przez strażników minęła kilka kolejnych korytarzy, aż w końcu kazano jej się zatrzymać przed jedną z cel. Jej wnętrze ginęło w mroku, a od korytarza dzieliły ją kraty. Główny klawisz pogmerał chwilę kluczem w zamku i po paru minutach Małgorzata została nawet dość delikatnie wepchnięta do celi, a kraty zatrzasnęły się za nią.
***
Małgorzata stała przez chwilę bez ruchu, czekając aż jej oczy przyzwyczają się do panującego w celi mroku. Postąpiła niepewnie krok do przodu, gdy nagle z głębi celi usłyszała głos:
- No, no, no… własnym oczom nie dowierzam. Toż to księżniczka Małgorzata we własnej osobie!
- A kim ty jesteś, tajemniczy człowiecze z głębi celi? – zapytała Małgorzata, nie do końca pewna, czy powinna się bać.
Usłyszała w odpowiedzi najpierw jakieś szuranie, jakby ktoś ciężko podnosił się z podłogi, a następnie zaskakująco lekkie kroki. Nieznajomy zbliżył się do Małgorzaty i wyciągając do niej dłoń powiedział:
- Jestem Idźstądiks. – jego głos był nienaturalnie chłodny i bardzo niski. – Usiądź i rozgość się. – szerokim gestem wskazał podłogę. – Co prawda warunki są nie do końca książęce, ale musisz znieść.
Małgorzata zrobiła dumną minę i powiedziała:
- Bywałam już w gorszych sytuacjach. – po czym usiadła opierając się o ścianę.
- Nie wnikam. Ale może zechcesz opowiedzieć mi swoją historię? Nie musisz się spieszyć, czas ma tutaj specyficzne właściwości wydłużania się do niepojętych rozmiarów.
Małgorzata zmrużyła oczy, by przyjrzeć się swemu towarzyszowi niedoli, jednak w celi panował tak gęsty mrok, że dostrzegała tylko jego sylwetkę, gdy usiadł pod ścianą naprzeciwko niej.
- Może podasz mi jakiś powód, dla którego miałabym obcemu człowiekowi i to kryminaliście, zwierzać się ze swoich przeżyć?
- Powody są dwa, ale za to bardzo proste. Po pierwsze szybciej zleci nam czas, po drugie odwdzięczę ci się swoją historią.
- Dlaczego zakładasz, że interesuje mnie twoja historia?
- Hm… no wiesz… masz tu siedzieć ze mną… w jednej celi… nie wiadomo jak długo… Ja bym na twoim miejscu chciał się dowiedzieć z kim mam do czynienia.
Małgorzata zastanawiała się przez chwilę, aż doszła do wniosku, że Idźstądiks ma rację. Zaczęła więc:
- Poznałeś mnie, więc nie muszę cię informować kim jest mój brat.
- Wiem o tym aż za dobrze. – wtrącił Idźstądiks z nutą goryczy w głosie.
- No właśnie. Od czego by tu zacząć… – Małgorzata zamyśliła się na chwilę. – Wiesz może coś na temat Soldiercount!?
- Hm… no coś tam słyszałem.
- Soldiercount! to takie małe państewko na południu, coś około dwudziestu kilometrów kwadratowych, które już od… - Małgorzata zastanawiała się przez chwilę. – dwunastu dni broni się przed atakami Carlosa. Przed państwem co najmniej dwieście razy większym, nie wiem ile dokładnie, chyba nikt nie jest w stanie określić wielkości państwa Carlosa z tymi wszystkimi prowincjami, lennami, zaborami i autonomiami, czy jak im tam. W każdym razie to państwo to taka mała warownia nie do zdobycia. Tam wszyscy od najmłodszych lat są szkoleni na zawodowych żołnierzy, bez względu na płeć. Nie znają tam takiego pojęcia jak cywil. Tak jak nie znają tam pojęcia emeryt, służba wojskowa jest dożywotnia. Ale najdziwniejsze jest to, że nigdy nikogo nie atakują, nigdy nie prowadzili i nie prowadzą ekspansji, co dla mojego brata jest nie do pojęcia. Nie wiem, może dlatego tak się na nich zawziął. Fakt faktem, że od dwunastu dni za wszelką cenę próbuje ich zniszczyć. I nie przez przypadek użyłam słowa za wszelką cenę. Wczoraj dowiedziałam się, że mój brat zamierza zwiększyć podatki i ogłosić nowy pobór. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, z jakimi konsekwencjami się to wiąże. – Małgorzata spojrzała na niego pytającym wzrokiem. Oczywiście nie mógł tego dostrzec w mroku, ale usłyszał znaczącą pauzę w jej monologu.
- Bunt. – powiedział krótko.
- Tak. Armia Królestwa liczy sto dziewięćdziesiąt tysięcy. Carlos chce wyszkolić kolejne czterdzieści tysięcy pierwszego rzutu. Wyszkolić w cudzysłowie. Co dałoby w sumie dwieście trzydzieści tysięcy żołnierzy Carlosa na sześć tysięcy mieszkańców Soldiercount! Popraw mnie jeśli się mylę, nie jestem dobra z matematyki, ale wychodzi mi na to, że na jednego żołnierza z Soldiercount! przypada trzydziestu ośmiu naszych.
- Trzydziestu ośmiu przecinek trzy. – powiedział Idźstądiks.
- Mój brat oszalał. Opętała go jakaś niepohamowana rządza władzy, ma przerost ambicji, uparł się na to biedne Soldiercount! nie wiadomo dlaczego. On się po prostu idiotycznie ośmiesza.
- Za takie słowa grozi szafot, księżniczko.
- Nie boję się własnego brata.
- Za to też grozi szafot, mimo to jestem pod wrażeniem twojej odwagi. – Małgorzata nie była pewna, czy Idźstądiks drwi sobie z niej, czy powiedział to poważnie. – Poza tym nie sądziłem, że jesteś tak dobrze poinformowana. Ale nadal nie wiem dlaczego trafiłaś do tej celi.
- Ja też nie wiem. Nie mam pojęcia co mnie podkusiło żeby tam pójść…
- Zamieniam się w słuch. – powiedział Idźstądiks, a Małgorzata odniosła wrażenie, że faktycznie nadstawił czujniej uszu, jakby nie chciał uronić ani słowa.
- Carlos zwołał dzisiaj zebranie właśnie w sprawie Soldiercount!, na które stawili się chyba wszyscy jego doradcy, nie wiem, było ich tam od cholery. Nie wiem co mi strzeliło do łba, ale pod wpływem jakiegoś głupiego impulsu poszłam tam, by powiedzieć im co myślę. Dlaczego nie zrezygnowałam z tego zamiaru, kiedy strażnicy nie chcieli mnie wpuścić? Nie wiem. Po prostu mi odwaliło, to jedyne uzasadnienie jakie przychodzi mi do głowy.
- I co zrobiłaś, gdy nie chcieli cię wpuścić?
- No cóż… wepchnęłam się na siłę. Wpadłam na to zebranie i powiedziałam, że żądam zaniechania ataku na Soldiercount! i zniesienia przymusowej służby wojskowej. – Małgorzata popatrzyła na współwięźnia chcąc sprawdzić jego reakcję, jednak panujący w celi mrok jej to uniemożliwiał, a on konsekwentnie i uparcie milczał. – Ogólnie rzecz biorąc wszystkich zatkało. Carlos potrzebował chwili żeby to przetrawić, ale ostatecznie bez żadnego komentarza usadził mnie tutaj. – Małgorzata zrobiła krótką pauzę po czym dodała – To koniec mojej historii, teraz twoja kolej.
Idźstądiks milczał przez chwilę, jakby chciał przemyśleć to co chce powiedzieć.
- Zacznę tak jak ty. – powiedział. – Wiesz coś na temat państwa o nazwie Praxgaleum?
- Tak, to jest jedno z podbitych przez Carlosa państw, jedno z większych.
- Nie, księżniczko, to nie jest jedno z podbitych przez Carlosa państw. To jest jedyne kupione przez Carlosa państwo. – powiedział Idźstądiks. – Kupione. – powtórzył jeszcze raz, głosem bardziej chłodnym niż zwykle. – I to za śmieszną wprost cenę.
- Nie rozumiem. Jak to kupione?
- Zacznę od początku. W Praxagaleum rządził Praxton III. Człowiek jak najbardziej odpowiedzialny, kompetentny i przede wszystkim świetny dyplomata. Dane mu było rządzić całe dwanaście lat. Już w drugim roku swojego panowania zawarł pokój wiekuisty z Prawym Królestwem Sierraxio, obecnym Królestwem Wielkiego Pana i Władcy Carlosa. Tak, zawarł pokój z twoimi rodzicami. Pokój, który trwał osiem lat. Pokój, który Carlos zerwał siedem lat temu atakując Praxagaleum, które mimo zaskoczenia zdołało się obronić. Praxton III odparł atak Carlosa i na dwa lata wszystko ucichło. Jednak po dwóch latach, gdy Carlos nabrał już trochę wprawy i doświadczenia spróbował ponownie, tym razem z innej strony. Splamił honor swój, twoich rodziców i całego Królestwa. Zachował się… zresztą sama osądź jak. Przekupił bratanka Praxtona III, który podstępnie zamordował władcę. Oczywiście nie własnymi rękami, przypuszczam, że nie byłoby go na to stać. Wynajął tego śmiesznego Wypaczonegoiksa, który odwalił…
- Zaraz, zaraz! – przerwała mu Małgorzata. – Kogo wynajął?
- Wypaczonegoiksa. Tego samego Wypaczonegoiksa, który miał zabić najpierw Ciebie, a później Carlosa, o czym dowiedziałem się później niż powinienem.
- Zaraz, zaraz… jak to… ja… ja nic nie rozumiem! Skąd o tym wiesz?
- Niewiele czasu mi zajęło znalezienie Wypaczonegoiksa. Jeszcze nigdy nie spotkałem płatnego mordercy, który byłby takim idiotą. I pomyśleć, że takie ścierwo zamordowało Praxtona III. W każdym razie zaproponowałem mu propozycję współpracy nie do odrzucenia, żeby trochę na nim zarobić zanim go zabiję. Sytuacja się trochę skomplikowała, gdy dowiedziałem się, że dostał zlecenie na ciebie. Skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się, że Wypaczonegoiks bez mojej wiedzy zamienił zlecenia. Że chce zabić Carlosa.
- Wtedy to ty zabiłeś Wypaczonegiksa. – stwierdziła Małgorzata.
- Tak. Tym sposobem zarobiłem na nim tylko pięć tysięcy guldenów, które i tak są twoje.
- Właściwie to Carlosa… – burknęła Małgorzata. – Więc to byłeś ty. – Dodała po chwili ciszy.
- Tak, a jeśli już jesteśmy przy tym temacie to chciałbym cię o coś zapytać.
- Słucham.
- Naprawdę chciałaś zabić Carlosa w ten sposób?
- Nie. Nie chciałam go zabić. Właściwie to chciałam zapewnić sobie bezpieczeństwo, to po pierwsze, a po drugie, chciałam zdemaskować Wypaczonegoiksa. Ale to jest nieważne. Skończ swoją opowieść, bo nadal nic z tego wszystkiego nie rozumiem.
- Dobrze. Zaraz wszystko stanie się jasne. Powiedziałem, że Wypaczonegoiks zamordował Praxtona III na zlecenie jego bratanka. Po prostu pewnego dnia znaleziono władcę powieszonego w jego sypialni. Oficjalnie popełnił samobójstwo. Tego samego dnia ogłoszono, że zaginął jedyny syn Praxtona III, który miał przejąć po nim władzę. Pogrążony w obłudnym żalu bratanek Praxtona III przybrał bezczelnie imię Praxton IV i zaczął rządzić państwem. Kilka tygodni później Carlos ponownie zaatakował Praxagaleum. Nie można powiedzieć, by walki były krwawe. Właściwie nie można w tym przypadku mówić o jakichkolwiek walkach. Carlos po prostu wszedł jak do siebie i zaczął rządzić. – Idźstądiks zamilkł, więc po chwili ciszy Małgorzata zapytała:
- No dobrze, ale jak to się wiąże z tobą?
- Wspomniałem o zaginionym synu Praxtona III. Ja nim jestem. – Idźstądiks milczał przez chwilę. – Praxagaleum to moja ojczyzna. Tam się urodziłem i tam wychowałem i tam żyłem dopóki Carlos bezczelnie go nie zagarnął. Nie zamierzam tak po prostu oddać mu swojego państwa. Odzyskam je, wolne i niepodległe. – w chłodnym i nienaturalnie niskim głosie Idźstądiksa nie było słychać ani zawziętości, ani buńczuczności, czy nawet po prostu dumy. Powiedział to wszystko spokojnie i z imponującą pewnością siebie. On po prostu wiedział, że nie może być inaczej.
- I dlatego tu jesteś? Zamknęli cię za działalność powstańczą?
- Mniej więcej. Właściwie to Carlos chyba nie wie, kim naprawdę jestem. W przeciwnym razie już bym dawno nie żył. Ale faktycznie, od dwóch lat w Praxagaleum sprawnie funkcjonuje państwo podziemne, którego Carlos do tej pory nie zdołał rozbić.
- A dlaczego ten wasz Praxton mu nie pomaga?
- Praxton IV to najbardziej nieudolny władca w całej historii Praxagaleum. On się niczym nie potrafi zająć.
- No dobrze, ale tak właściwie to skąd ty się tu wziąłeś? Przecież podobno zaginąłeś.
- To była oficjalna wersja. Tak naprawdę dwa dni przed śmiercią mojego ojca wyjechałem z Praxagaleum. Miałem złożyć wizytę u księcia Artexa z Wielkiego Poznaniowskiego Imperium Światła. Kiedy stamtąd wróciłem było już po fakcie, niepodległe Praxagaleum już nie istniało. To było bardzo sprytne, wykorzystali moją nieobecność.
- A dlaczego Cię po prostu nie zabili? Tak chyba było by łatwiej.
- Nie uważasz, że to by było trochę zbyt podejrzane gdyby zabili nas oboje?
- No w sumie… rzeczywiście. – Małgorzata zastanawiała się jeszcze nad tym przez chwilę po czym zapytała – A jaka jest bezpośrednia przyczyna twojego pobytu tutaj?
- Właściwie to nie wiem. Ktoś musiał zacząć sypać.
- To co teraz będzie z waszym powstaniem?
- Jak to co?
- No, nie odbędzie się chyba, skoro tu siedzisz?
- Ależ skąd. Wysłałem już wiadomość, że wszystko ma się nadal odbywać zgodnie z planem i...
- Zaraz! – znów mu przerwała. – Jak to wysłałeś wiadomość?
- No normalnie. Przez klawisza.
- To stąd można wysyłać wiadomości?
- Nie można. – powiedział Idźstądiks.
- Ale ty możesz?
- Nie mogę. Ale to nie znaczy, że tego nie robię.
- A możesz mi to załatwić? – zapytała Małgorzata.
Idźstądiks milczał przez chwilę, po czym podniósł się i podszedł do krat. Małgorzata usłyszała jak cicho gwiżdże jakąś skoczną melodykę. Pogwizdał tak przez chwilę po czym umilkł i przykucnął koło Małgorzaty podając jej jakiś malutki zwitek papieru i ogryzek ołówka.
- Krótko i zwięźle. – powiedział.
- Ale ja nic nie widzę. – wraz z ostatnim wypowiadanym słowem Małgorzata usłyszała charakterystyczny dźwięk wydobywający się przy pocieraniu zapałki o draskę i już po chwili ciemną celę rozjaśnił drgający płomyk małej świecy.
W jego świetle Małgorzata wreszcie zobaczyła twarz swojego towarzysza niedoli.
- Ojej. – wyrwało jej się ze zdziwienia. W jej głowie w ciągu kilku sekund pojawił się ciąg wspomnień i skojarzeń: pragmat linearny, wizja niezidentyfikowanej twarzy, a następnie skojarzenie z inną wizją ciemnej surowej celi i więźnia. I nagle wszystko stało się jasne. To twarz Idźstądiksa Małgorzata wtedy widziała, i to on był tym więźniem, którego dostrzegła w pragmacie. – Ojej. – powtórzyła Małgorzata nie bardzo wiedząc co począć z tym odkryciem. Dotarło do niej w tym momencie, że zobaczyła wtedy… przyszłość.
- Czuję się niezręcznie. – powiedział Idźstądiks. – Jeszcze nigdy nikt mnie nie uraczył takim komentarzem.
- Nie, to nie tak. To znaczy… chodzi o to… - Małgorzata zaplątała się nie widząc jak ma wytłumaczyć to „ojej”. – Bo ja już cię kiedyś widziałam.
- To raczej nie jest możliwe.
- No tak. To znaczy nie. Ja.. nie widziałam cię dosłownie, tylko… no dobrze, zabrzmi to idiotycznie, ale widziałam cię w wizji. I to dwukrotnie. Raz po prostu twoją twarz, a później… dokładnie tą sytuację. To więzienie i… - Małgorzata zawahała się. – Ja wiem, że to idiotyczne, ale… jest takie coś… taka kartka… w której można zobaczyć różne rzeczy… no i podobno przyszłość też, chociaż ja w to wcześniej nie wierzyłam… a jednak okazało się, że to prawda.
Idźstądiks przyglądał się Małgorzacie uważnie nad płomykiem świecy.
- Pośpiesz się z tą wiadomością. – powiedział w końcu.
Małgorzata zaczęła pospiesznie skrobać na małym świstku papieru zastanawiając się w międzyczasie, czy przypadkiem już całkiem nie oszalała. Mogła sobie darować tą historię z pragmatem. Była pewna, że wyrobiła sobie u Idźstądiksa opinię kompletnej wariatki.
- Co jest? – usłyszała nagle jakiś nieprzyjemny głos.
- Przesyłka. – powiedział Idźstądiks. – Skończyłaś? – dodał szeptem do Małgorzaty.
- Tak. – odszepnęła i podała mu zwitek papieru wraz z ołówkiem.
Idźstądiks zdmuchnął płomyk świeczki i przekazał kartkę klawiszowi, który zapytał:
- Tam gdzie zawsze?
- Nie. – powiedział Idźstądiks i spojrzał z pytaniem w oczach na Małgorzatę.
- Do księżniczki Izixinalilianaxy. – powiedziała Małgorzata.
Klawisz najpierw spojrzał ze zdziwieniem na Małgorzatę, a później na Idźstądiksa, ale gdy ten kiwnął głową, odwrócił się i odszedł bez słowa.
***
Małgorzata siedziała w ciemności pod ścianą milcząc. Pod przeciwną ścianą siedział Idźstądiks i również milczał. Można by powiedzieć, że w celi panowała niezręczna cisza. Księżniczka zastanawiała się nad jakimś tematem do rozmowy, ale nic jej nie przychodziło do głowy.
- Czy ten klawisz przyniesie mi jakąś odpowiedź? – zapytała w końcu.
- Nie sądzę. – powiedział Idźstądiks.
- A jaka jest pewność, że ta wiadomość dotrze do celu? – zapytała Małgorzata po długiej chwili ciszy.
- Dość spora. – odparł Idźstądiks.
Ponownie zapadła długa, męcząca cisza. Małgorzata zastanawiała się, czy Idźstądiksowi też ona przeszkadza. W końcu po kilkunastu minutach to on ją przerwał mówiąc:
- Chyba będziesz miała gościa.
- Gościa? Ja? – zdziwiła się Małgorzata.
- Ktoś idzie. – powiedział Idźstądiks. – Raczej nie do mnie, to nie jest godzina przesłuchań.
Małgorzata faktycznie usłyszała kroki, jeszcze dość dalekie, odbijające się echem po korytarzu. Stawały się coraz wyraźniejsze, aż w końcu dało się odróżnić dwie pary stóp. Małgorzata ze zdziwieniem stwierdziła, że rozpoznaje charakterystyczne szuranie Carlosa. Podniosła się z podłogi i podeszła do krat odgradzających celę od korytarza. Po chwili w zasięgu jej wzroku pojawił się jej brat. Machnął ręką na klawisza żeby sobie poszedł, zbliżył się do krat i powiedział:
- No i po co ci to było siostra?
Małgorzata nic nie powiedziała, tylko spiorunowała go spojrzeniem. Carlos nie zwrócił jednak na to uwagi.
- Doigrałaś się siostra, nie? He he, doigrałaś się jak cholera. Było mi nie ryć bani. Ale nie, bo ty zawsze tylko, na złość i na złość, byle by mi życie utrudnić, nie? He he, no to masz teraz czego chciałaś. A tak w ogóle to wiesz za co siedzisz? – Carlos nie doczekał się odpowiedzi, mimo to kontynuował. – Siedzisz za złamanie bezpośrednich poleceń Pana i Władcy, czyli moich, oraz za utrudnianie funkcjonowania wewnętrznego państwa.
- Nie wiedziałam, że znasz takie trudne słowa. – powiedziała Małgorzata.
- Nie ryj mi bani.
- Co będzie z Soldiercount?! – zapytała Małgorzata po krótkiej chwili ciszy.
- Jak co będzie, nic nie będzie, zniszczę, zmiażdżę, zrównam z ziemią to skurwysyńskie państewko. I ty mi w tym nie przeszkodzisz, dziwię się, że w ogóle próbowałaś, głupia. Jeszcze dziś w nocy będzie pobór, a za dwa tygodnie urządzę im taką patologię, że popamiętają mnie przez w chuj długi czas. Jeśli ktokolwiek, kurwa, przeżyje.
- I to mi zarzucasz głupotę? – zdenerwowała się Małgorzata. – Czy ty słyszysz co mówisz? Ty chyba oszalałeś!
- Siostra! Ty się miarkuj w słowach, kurwa! Bo więzienie to nie najgorsze co cię może spotkać!
- A co, zabijesz mnie? Zamordujesz podstępnie? Będzie do kompletu, cała rodzina wymordowana.
- Jak się dalej będziesz wpierdalać w to co nie trzeba, to czemu nie!
- Mój testament też swingujesz?
Carlos wybuchną śmiechem.
- Przecież ty masz tylko książki. – powiedział przez śmiech.
- Nie bądź taki pewny!
Carlos natychmiast przestał się śmiać.
- Jest coś o czym nie wiem?
- Jest bardzo dużo takich rzeczy i nigdy się o nich nie dowiesz! Nie dość, że od samego początku szukasz tylko pretekstu żeby się mnie pozbyć, fałszujesz testament naszych rodziców, oskarżasz o ich śmierć niewinnego człowieka, to jeszcze plamisz honor naszej rodziny podstępnie zdobywając terytoria, które ci się nie należą! Kradniesz, zabijasz i krzywdzisz! Jesteś zły, podstępny, perfidny, bezczelny, okrutny, wręcz bestialski, jesteś… jesteś podły! I nie potrafiłeś docenić tego, że ja bym ci to wszystko wybaczyła! – Małgorzata wyrzuciła z siebie to wszystko i poczuła jak uszło z niej coś, co do tej pory bardzo ciężko zalegało jej gdzieś w gardle, a może nawet gdzieś w sercu. Poczuła, że łzy napływają jej do oczu i nie będzie ich mogła dłużej utrzymać.
- Chciałbym cię poinformować droga siostrzyczko, że nasi rodzice wcale nie byli tacy święci. – wysyczał Carlos, który najwyraźniej też stracił nad sobą panowanie. – To dzięki mnie Królestwo stało się mocarstwem, oni nic nie robili. Zasłużyli sobie na to co spotkało ich z rąk Czaroslavixa.
Małgorzata spojrzała na niego oczami szeroko otwartymi ze zdziwienia.
- To… to ty wiedziałeś? Wiedziałeś, że to nie Jakubix… że nie on…
- Tak, kurwa wiedziałem, wiedziałem od samego początku! Myślisz, że ten cały Czaroslavix sam wpadłby na ten pomysł? To ja sam musiałem wszystko wymyślić, a ten Jakubix idealnie się nadawał na kozła ofiarnego, a poza tym… - w tym momencie Carlos zorientował się, że chyba powiedział za dużo. – A poza tym przyzwyczajaj się do tej celi, bo postaram się żebyś z niej już nigdy nie wyszła! – rzucił Carlos, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł bardzo szybkim krokiem.
- Ty łajzo! Ty wstrętny, podstępny morderco! – wrzeszczała za nim Małgorzata szarpiąc za kraty, które ani drgnęły. – Ty cholerny draniu! Ty nikczemna kanalio, łajdaku ty, padalcu! Ty… - Małgorzata czuła jak opuszczają ją siły. – Ty… ty szmato. – Jęknęła na koniec po czym osunęła się na podłogę i zaczęła płakać.
***
Siałka siedziała w fotelu z książką w ręku i kotem na kolanach, gdy usłyszała dzwonek przy głównych drzwiach. Spojrzała zdziwiona na Alexę, która siedziała przy biurku rysując coś zawzięcie, ale ta nawet nie podniosła głowy. Siałka wstała, zrzuciła kota i poszła otworzyć drzwi. Jej zdziwienie wzrosło jeszcze bardziej, gdy okazało się, że nikt w nich nie stoi, tylko na progu leży jakiś mały zwitek papieru. Siałka podniosła go z wahaniem i rozejrzała się po okolicy, ale nikogo nie dostrzegła, zamknęła więc drzwi, rozwinęła papier i rozpoznała niewyraźne, pośpieszne pismo Małgorzaty:
Siałka! Carlos wsadził mnie do więzienia! Tego pałacowego! Planuje atak na Soldiercount!, zwiększenie podatków i pobór. Będzie bunt! Przekaż reszcie.Małgorzata.
Siałka przeczytała tekst trzy razy nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
- Marthyneas! – krzyknęła w stronę sąsiedniego pokoju głosem pełnym przestrachu.
***
Małgorzata poczuła nagle czyjąś dłoń na ramieniu.
- Nie płacz, księżniczko. Carlos nie jest tego wart. – powiedział Idźstądiks.
Małgorzata tak się przejęła rozmową z bratem, że zapomniała o jego obecności w celi.
- Mam nadzieję, że Carlos się nie dowie, że byłeś świadkiem tej rozmowy. – powiedziała Małgorzata próbując powstrzymać łzy wciąż napływające do oczu. – W przeciwnym razie nie pożyjesz za długo.
Idźstądiks widząc, że Małgorzata zaczyna się powoli uspokajać cofnął się z powrotem na swoje miejsce pod ścianą.
- Przepraszam. – powiedziała Małgorzata po chwili ciszy. – Wstyd mi, że się tak rozkleiłam.
- Miałaś prawo. Nie co dzień człowiek dowiaduje się, że jego rodziców zamordował własny brat.
- Ja nie wiedziałam… nawet mi nie przyszło do głowy… że on mógł mieć z tym coś wspólnego… - Małgorzata urwała, bo poczuła jak świeże łzy ściskają ją za gardło.
Idźstądiks milczał przez chwilę, po czym zaczął niepewnie.
- Posłuchaj, ja wiem, że to może niezbyt odpowiedni moment… ale wydaje mi się, że możemy sobie pomóc.
Małgorzata otarła rękawem łzy z policzków i zapytała:
- Co masz na myśli?
- Nie chcesz, żeby Carlos zaatakował Soldiercount!, prawda?
- Prawda.
- I chyba nie chcesz, żeby dłużej podbijał, krzywdził i mordował, prawda?
- Prawda.
- Czyli… nie chcesz żeby dłużej rządził Królestwem. Prawda?
Małgorzata zawahała się.
- Prawda. – powiedziała w końcu.
- Ja też nie chcę. – powiedział Idźstądiks. – Dlatego też… chciałbym ci zaproponować układ.
- Słucham. – powiedziała Małgorzata, gdy Idźstądiks zamilkł wyraźnie oczekując jakiejś reakcji.
- Oboje mamy wspólny cel, można by rzecz, że stoimy po tej samej stronie barykady. Myślę, że mógłbym ci pomóc w zaprowadzeniu porządku w Królestwie w zamian za pomoc w zaprowadzeniu porządku w Praxagaleum.
- Yyy… To znaczy?
Idźstądiks milczał przez chwilę, a Małgorzata miała wrażenie, że gdyby nie ta nieprzenikniona ciemność, to przyglądałby się jej ze zdziwieniem.
- No cóż. – powiedział. – Jak by nie patrzył trzeba przede wszystkim pozbyć się Carlosa.
- Znaczy, że… w sensie zabić?
- A nie chcesz tego?
- Ja właściwie… ale zaraz. Właściwie to dlaczego wtedy nie pozwoliłeś Wypaczonegoiksowi zabić Carlosa, skoro chcesz żeby zginął?
- Bo to nie byłaby taka śmierć na jaką zasłużył. A poza tym… czy miałbym się zachować tak jak Praxton IV? Nie, Carlos musi najpierw zostać oficjalnie pozbawiony władzy.
- I ty chcesz mu ją odebrać?
- Ja? – zdziwił się Idźstądiks. – Przecież to ty masz to zrobić.
- Ja? To znaczy… no niby tak, ale wiesz, ja nigdy nie pozbawiałam nikogo władzy, nie mam pojęcia jak to się robi.
- Przeważnie nie tak jak się zamierza. Oczywiście trzeba wszystko zaplanować, ale zazwyczaj takie plany nigdy nie wychodzą i wszystko odbywa się przypadkiem.
- To co, powinniśmy teraz zacząć… - Małgorzata chciała jeszcze dodać „planować?”, ale przerwał jej krzyk głównego klawisza dobiegający z końca korytarza.
- Do broni! Wszyscy do broni! Ruszać się łajzy! – wrzeszczał klawisz.
Małgorzata wstała, podeszła do krat i spróbowała dostrzec co się dzieje na korytarzu. Biegali po nim w panice klawisze nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić, a główny klawisz wciąż wrzeszczał:
- Wypierdalać ze stanowisk! Ruszać dupy patałachy, bo głowy potracicie!
- Co tam się dzieje? – zapytała Małgorzata Idźstądiksa, który stanął obok niej przy kratach.
- Myślę, że niebawem się dowiemy. – powiedział Idźstądiks.
Jakby w odpowiedzi na jego słowa, gdzieś na górze coś przeraźliwie huknęło. Na chwilę wszyscy klawisze zamarli, po czym zaczęli biegać jeszcze bardziej chaotycznie niż wcześniej, choć jakby nieco żwawiej. Główny klawisz nadal się wydzierał wyzywając ich od najgorszych, co wbrew jego zamierzeniom, chyba wcale im nie pomagało. Po chwili przeraźliwe huknięcie się powtórzyło.
- Księżniczko… – powiedział Idźstądiks.
- Hm?
- Myślę, że się zaczęło.