4 maj 2009

ROZDZIAŁ DZIEWIĘĆDZIESIĄTY PIĄTY

  - Co się dzieje? – zapytał Jakubix wpadając do pałacyku Siałki jak burza. – Co z Małgorzatą?
  - A ten tu czego?! – oburzyła się Siałka.
  - Jak to czego? – oburzyła się Karaxia. – On na pewno pomoże. – powiedziała i podała Jakubixowi liścik od Małgorzaty.
Jakubix przebiegł po nim oczami, po czym podniósł wzrok i popatrzył na pięcioro ludzi wpatrujących się w niego z napięciem.
  - Musimy się spieszyć. – powiedział. – Ten bunt już się zaczął.

***

     Małgorzata nasłuchiwała z zaciekawieniem odgłosów dobiegających z góry. Gdyby nie cicha obecność więźniów w celach, więzienie można by nazwać opustoszałym. Wymiotło wszystkich klawiszy, którzy, jako członkowie Gwardii Królewskiej rzucili się w wir walki w obronie pałacu Pana i Władcy.
  - Jak myślisz, kto nas atakuje? – zapytała Małgorzata.
  - Nie nas, tylko Carlosa. – powiedział Idźstądiks.
  - No to kto atakuje Carlosa?
  - Nasi.
Małgorzata spojrzała na niego zdziwiona.
  - Znaczy… jacyś twoi ludzie? Powstańcy?
  - Moi? Nie. W sumie bardziej twoi, niż moi. Ale jakby nasi.
  - Nic nie rozumiem.
  - Co napisałaś w tym liściku? – zapytał Idźstądiks.`
  - No to, że Carlos zamknął mnie w więzieniu, że planuje atak na Soldiercount!, zwiększenie podatków i pobór.
  - No, to wszystko jasne.
  - Jak dla kogo.
  - Plotki szybko się rozchodzą. – powiedział Idźstądiks. – Ludzie się o tym dowiedzieli i się zdenerwowali.
  - Jak to? W pół dnia się zorganizowali?
  - A kto tu mówi o organizowaniu? Dowiedziało się parę osób, zdenerwowali się, wzięli co tam mieli pod ręką i przyszli. Po drodze spotkali parę innych osób, które też się zdenerwowały. Więc się przyłączyli, a przy okazji powiedzieli o tym paru innym osobom. A dalej samo poszło. Bunty przeważnie tak wyglądają.
  - I co, te parę osób zamierza pokonać Gwardię Królewską?
  - Od razu pokonać. Nikt nikogo nie chce pokonywać. Pokrzyczą trochę, poszturchają się, poprzepychają i rozejdą się do domów.
  - To co to za bunt?
  - Nieudany, jak większość.
  - To po cholerę taki bunt?
  - Tak w praktyce, to raczej na nic się nie zda. Ale zaniepokoi Carlosa, a to już coś.
  - Mojego brata nic nie jest w stanie zaniepokoić. Co najwyżej go rozsierdzą i karze ich wszystkich powywieszać.
  - Wszystkich nie wyłapie. A poza tym…
Kolejny huk przerwał Idźstądiksowi. Tym razem jednak brzmiał nieco inaczej niż te poprzednie i był przede wszystkim cichszy. Małgorzata nastawiła uszu i po chwili usłyszała jeszcze jeden, tym razem jakby gdzieś bliżej, a po nim krótki jęk i szybkie kroki kilku par stóp, gdzieś na końcu korytarza.
  - Gdzie ona jest do cholery? – Małgorzata usłyszała zdenerwowany głos Siałki.
  - Tutaj! – krzyknęła Małgorzata.
  - Słyszeliście? – znowu głos Siałki i znów odgłos kilku par stóp, tym razem biegnących.
Już po chwili do celi podbiegł Jakubix, a za nim wszyscy przyjaciele Małgorzaty: zdyszana Siałka, rozmarzona Alexa, rozczochrana z niewiadomych przyczyn Marthyneas, Karaxia z jakimś dziwnym grymasem na twarzy, oraz Gandalf w długim, szaroburym płaszczu i z kapturem na głowie osłaniającym twarz.
  - Przybywamy z odsieczą! – zakrzyknęła radośnie Siałka.
Jakubix machnął ręką, w zamku coś zgrzytnęło i kraty się otworzyły. Małgorzata wyszła z celi, a za nią wyślizgnął się Idźstądiks.
  - A to kto? – zapytała Marthyneas.
  - Nie ma czasu na wyjaśnienia. – powiedział Jakubix.
  - Ale… - Marthyneas chciała jeszcze o coś zapytać, ale Małgorzata przerwała jej mówiąc:
  - On idzie z nami. Przyda się.

***

     Małgorzata wraz z Idźstądiksem i swoją odsieczą szła szybkim krokiem wzdłuż celi. Za nimi krzyczeli inni więźniowie:
  - Hej, a my?
  - Nie zostawiajcie nas tutaj!
  - Bądźcie ludźmi!
  - No! Wypuście nas!
Małgorzata zatrzymała się raptownie.
  - Nie ma na to czasu. – powiedział Jakubix.
  - Otwieraj. Może się kiedyś odwdzięczą.
Jakubix zastanawiał się przez chwilę, po czym stanął na środku korytarza i wyciągnął przed siebie obie ręce tak, że jego kciuki wskazywały sufit. Zaczął mamrotać pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa powolnym gestem oddalając dłonie od siebie i rozkładając ręce. W pewnym momencie gwałtownie obrócił dłonie o sto osiemdziesiąt stopni i rozległ się zbiorowy zgrzyt zardzewiałych zamków. Wszystkie cele naraz stanęły otworem.
  - Ty też tak umiesz, prawda? – Małgorzata usłyszała głos Siałki.
  - Nie. – powiedziała Karaxia. – Ja tak nie umiem.
Uradowani wolnością więźniowie zaczęli wysypywać się z cel i podchodzić do Małgorzaty i jej przyjaciół z okrzykami wdzięczności i aprobaty. Wszyscy już wiedzieli, za co siostra Wielkiego Pana i Władcy trafiła do więzienia.
  - To jednakże utrudnia nam nieco ucieczkę. – stwierdził Jakubix.
  - Dlaczego?
  - A jak chcesz się niepostrzeżenie wymknąć z pałacu wraz z tłumem hałaśliwych więźniów? – zapytał Jakubix z niewiadomych przyczyn lekko rozdrażniony.   – W czasie naszego przedłużającego się pobytu tutaj Gwardia Królewska zdążyła już zapewne zabarykadować wszystkie wyjścia.
  - Jakubixie, ja tu mieszkam. – powiedziała Małgorzata. – Hej! – krzyknęła do więźniów. – Hej! Zamknijcie się na chwilę!
Po tym dość nieuprzejmym apelu zapadła cisza jak makiem zasiał.
  - Mamy wymknąć się niepostrzeżenie, więc zachowajcie względną ciszę. – powiedziała Małgorzata. – I chodźcie za mną. – dodała po czym poprowadziła tłum schodami w górę, a później przez liczne, opustoszałe korytarze. Ku zdziwieniu wszystkich szli w głąb pałacu.
  - Jesteś pewna, że dobrze idziemy? – zapytał Gandalf spod kaptura.
  - Tak. – rzuciła krótko Małgorzata, wchodząc na kolejne schody.
Kilka następnych korytarz, znów schody, tym razem w dół i Małgorzata zatrzymała się w połowie jakiegoś korytarza.
  - Jesteśmy. – powiedziała, po czym odchyliła jeden z licznych gobelinów wiszących na ścianie i oczom zebranych ukazały się małe, wąskie drzwiczki. – Trochę będzie tu ciasno, ale damy radę. Ja idę pierwsza.
Małgorzata nacisnęła klamkę, a drzwi skrzypnęły przeraźliwie.

***

     Po mniej więcej dziesięciominutowym marszu niskim, wąskim i ciemnym korytarzem Małgorzata w końcu dotarła do malutkich, bardzo stromych schodów na jego końcu. Mocno zaparła się nogami i pchnęła z całej siły klapę w suficie, po czym wspięła się po schodkach do drewnianej altanki przycupniętej skromnie na samym końcu pałacowych ogrodów Carlosa. Za nią, w zapadający powoli zmierzch, wylał się tłum więźniów, jeszcze bardziej rozradowanych teraz, gdy poczuli na twarzach powiew lekkiego wietrzyku zapowiadającego wolność. Za nimi wychynęli z klapy przyjaciele Małgorzaty, a na samym końcu Jakubix.
     Więźniowie powoli zaczęli się rozchodzić każdy w swoją stronę, mniej lub bardziej hałaśliwie. Żaden jednak nie omieszkał podziękować Małgorzacie i jej przyjaciołom. Wszyscy zapewniali też, że są po jej stronie. Nagle ktoś złapał Małgorzatę za ramię i odciągnął od tłumu.
  - Czy nasza umowa nadal jest aktualna? – zapytał Idźstądiks.
  - Najpierw muszę poznać szczegóły, ale jestem skłonna na nią przystać.
  - W takim razie skontaktuję się z tobą. – powiedział Idźstądiks i odszedł wraz z innymi więźniami ku wolności.
  - Co robimy? – zapytała Alexa, gdy już ucichły ostatnie ich okrzyki.
  - Jedziemy do mnie. – powiedziała Siałka. – Nie będziemy tu przecież sterczeć.
  - Odpada. – powiedział Jakubix. – To będzie pierwsze miejsce, w którym Carlos będzie szukał Małgorzaty.
  - W takim razie do mnie. – powiedziała Karaxia.
  - To też odpada. – powiedziała Małgorzata. – Carlos wie, że mieszkałam u ciebie wtedy, gdy mnie porwali.
  - No to może do mnie? – zapytał Gandalf.
  - Za daleko. – powiedziała Małgorzata. – Nie mogę być tam, gdy tutaj dzieje się to co się dzieje.
  - Zresztą to nie byłoby dobre, po całym tym zamieszaniu z waszymi domniemywanymi zaręczynami. – dodała Siałka.
  - Hm… no fakt. – stwierdził Gandalf.
  - No to co robimy? Przecież gdzieś się musisz zatrzymać. – powiedziała Karaxia.
  - Jest wśród nas tylko jeden człowiek, u którego Carlos na pewno nie będzie cię szukał. – powiedziała dziwnym głosem Marthyneas. – Powiedziałabym nawet, że Carlosowi nigdy by nie przyszło do głowy, że mogłabyś tam być.
Małgorzata doskonale wiedziała kogo Marthyneas ma na myśli.
  - No nie wiem…
  - Znaczy… o kogo chodzi? – zapytała Alexa.
  - No wiesz! – oburzyła się Siałka. – Nawet ja się domyśliłam. Marthyneas ma na myśli oczywiście Jakubixa! – ostatnie słowo Siałka wypluła z nienawiścią piorunując Jakubixa spojrzeniem.
On jednak nie patrzył w jej stronę. Przyglądał się Małgorzacie, która z kolei przyglądała się Marthyneas.
  - Czy to jedyne wyjście? – zapytała.
  - Na pewno najbezpieczniejsze. – stwierdziła Marthyneas.
Małgorzata spojrzała na Jakubixa ze znakiem zapytania w oczach.
  - Będę zaszczycony. – powiedział Jakubix.

21 kwiecień 2009

ROZDZIAŁ DZIEWIĘĆDZIESIĄTY CZWARTY

     Małgorzata prowadzona przez strażników zastanawiała się, po jaką cholerę jej to było i co ją do diabła podkusiło do tego idiotycznego wystąpienia. Strażnicy Gwardii sprowadzili Małgorzatę do więzienia, które znajdowało się w pałacowych lochach. Małgorzata ogólnie wiedziała, że pod pałacem są jakieś piwnice, i że Carlos trzyma tam czasem jakichś więźniów. Nie sądziła jednak, że jest to po prostu profesjonalne więzienie.
     Prowadzona przez strażników wąskimi korytarzami, po ścianach których ściekała wilgoć, minęła paręnaście bocznych korytarzy, każdy oddzielony solidnie wyglądającymi kratami i każdy obstawiony przez co najmniej dwóch klawiszy. W końcu zatrzymali się przed jakimiś metalowymi drzwiami na końcu głównego korytarza i jeden ze strażników zagruchotał w nie pięścią, a echo rozniosło się i odbiło parokrotnie. Weszli do środka. Przy prostym, drewnianym biurku siedział tam jakiś bardzo nieprzyjemnie wyglądający człowiek, który zerknął na nich spode łba.
  - Nowy więzień. – powiedział ten drugi strażnik, który do tej pory nie odezwał się przy Małgorzacie ani razu.
  - Nie ma miejsc. – burknął główny klawisz.
  - To wrzuć ją do kogoś.
  - Ją? – zdziwił się główny klawisz i przyjrzał im się uważniej, po czym gwizdnął przez zęby i wstał. – Za mną. – rzucił i wyszedł.
Małgorzata nadal prowadzona przez strażników minęła kilka kolejnych korytarzy, aż w końcu kazano jej się zatrzymać przed jedną z cel. Jej wnętrze ginęło w mroku, a od korytarza dzieliły ją kraty. Główny klawisz pogmerał chwilę kluczem w zamku i po paru minutach Małgorzata została nawet dość delikatnie wepchnięta do celi, a kraty zatrzasnęły się za nią.

***

     Małgorzata stała przez chwilę bez ruchu, czekając aż jej oczy przyzwyczają się do panującego w celi mroku. Postąpiła niepewnie krok do przodu, gdy nagle z głębi celi usłyszała głos:
  - No, no, no… własnym oczom nie dowierzam. Toż to księżniczka Małgorzata we własnej osobie!
  - A kim ty jesteś, tajemniczy człowiecze z głębi celi? – zapytała Małgorzata, nie do końca pewna, czy powinna się bać.
Usłyszała w odpowiedzi najpierw jakieś szuranie, jakby ktoś ciężko podnosił się z podłogi, a następnie zaskakująco lekkie kroki. Nieznajomy zbliżył się do Małgorzaty i wyciągając do niej dłoń powiedział:
  - Jestem Idźstądiks. – jego głos był nienaturalnie chłodny i bardzo niski.   – Usiądź i rozgość się. – szerokim gestem wskazał podłogę. – Co prawda warunki są nie do końca książęce, ale musisz znieść.
Małgorzata zrobiła dumną minę i powiedziała:
  - Bywałam już w gorszych sytuacjach. – po czym usiadła opierając się o ścianę.
  - Nie wnikam. Ale może zechcesz opowiedzieć mi swoją historię? Nie musisz się spieszyć, czas ma tutaj specyficzne właściwości wydłużania się do niepojętych rozmiarów.
Małgorzata zmrużyła oczy, by przyjrzeć się swemu towarzyszowi niedoli, jednak w celi panował tak gęsty mrok, że dostrzegała tylko jego sylwetkę, gdy usiadł pod ścianą naprzeciwko niej.
  - Może podasz mi jakiś powód, dla którego miałabym obcemu człowiekowi i to kryminaliście, zwierzać się ze swoich przeżyć?
  - Powody są dwa, ale za to bardzo proste. Po pierwsze szybciej zleci nam czas, po drugie odwdzięczę ci się swoją historią.
  - Dlaczego zakładasz, że interesuje mnie twoja historia?
  - Hm… no wiesz… masz tu siedzieć ze mną… w jednej celi… nie wiadomo jak długo… Ja bym na twoim miejscu chciał się dowiedzieć z kim mam do czynienia.
Małgorzata zastanawiała się przez chwilę, aż doszła do wniosku, że Idźstądiks ma rację. Zaczęła więc:
  - Poznałeś mnie, więc nie muszę cię informować kim jest mój brat.
  - Wiem o tym aż za dobrze. – wtrącił Idźstądiks z nutą goryczy w głosie.
  - No właśnie. Od czego by tu zacząć… – Małgorzata zamyśliła się na chwilę.   – Wiesz może coś na temat Soldiercount!?
  - Hm… no coś tam słyszałem.
  - Soldiercount! to takie małe państewko na południu, coś około dwudziestu kilometrów kwadratowych, które już od… - Małgorzata zastanawiała się przez chwilę. – dwunastu dni broni się przed atakami Carlosa. Przed państwem co najmniej dwieście razy większym, nie wiem ile dokładnie, chyba nikt nie jest w stanie określić wielkości państwa Carlosa z tymi wszystkimi prowincjami, lennami, zaborami i autonomiami, czy jak im tam. W każdym razie to państwo to taka mała warownia nie do zdobycia. Tam wszyscy od najmłodszych lat są szkoleni na zawodowych żołnierzy, bez względu na płeć. Nie znają tam takiego pojęcia jak cywil. Tak jak nie znają tam pojęcia emeryt, służba wojskowa jest dożywotnia. Ale najdziwniejsze jest to, że nigdy nikogo nie atakują, nigdy nie prowadzili i nie prowadzą ekspansji, co dla mojego brata jest nie do pojęcia. Nie wiem, może dlatego tak się na nich zawziął. Fakt faktem, że od dwunastu dni za wszelką cenę próbuje ich zniszczyć. I nie przez przypadek użyłam słowa za wszelką cenę. Wczoraj dowiedziałam się, że mój brat zamierza zwiększyć podatki i ogłosić nowy pobór. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, z jakimi konsekwencjami się to wiąże. – Małgorzata spojrzała na niego pytającym wzrokiem. Oczywiście nie mógł tego dostrzec w mroku, ale usłyszał znaczącą pauzę w jej monologu.
  - Bunt. – powiedział krótko.
  - Tak. Armia Królestwa liczy sto dziewięćdziesiąt tysięcy. Carlos chce wyszkolić kolejne czterdzieści tysięcy pierwszego rzutu. Wyszkolić w cudzysłowie. Co dałoby w sumie dwieście trzydzieści tysięcy żołnierzy Carlosa na sześć tysięcy mieszkańców Soldiercount! Popraw mnie jeśli się mylę, nie jestem dobra z matematyki, ale wychodzi mi na to, że na jednego żołnierza z Soldiercount! przypada trzydziestu ośmiu naszych.
  - Trzydziestu ośmiu przecinek trzy. – powiedział Idźstądiks.
  - Mój brat oszalał. Opętała go jakaś niepohamowana rządza władzy, ma przerost ambicji, uparł się na to biedne Soldiercount! nie wiadomo dlaczego. On się po prostu idiotycznie ośmiesza.
  - Za takie słowa grozi szafot, księżniczko.
  - Nie boję się własnego brata.
  - Za to też grozi szafot, mimo to jestem pod wrażeniem twojej odwagi. – Małgorzata nie była pewna, czy Idźstądiks drwi sobie z niej, czy powiedział to poważnie. – Poza tym nie sądziłem, że jesteś tak dobrze poinformowana. Ale nadal nie wiem dlaczego trafiłaś do tej celi.
  - Ja też nie wiem. Nie mam pojęcia co mnie podkusiło żeby tam pójść…
  - Zamieniam się w słuch. – powiedział Idźstądiks, a Małgorzata odniosła wrażenie, że faktycznie nadstawił czujniej uszu, jakby nie chciał uronić ani słowa.
  - Carlos zwołał dzisiaj zebranie właśnie w sprawie Soldiercount!, na które stawili się chyba wszyscy jego doradcy, nie wiem, było ich tam od cholery. Nie wiem co mi strzeliło do łba, ale pod wpływem jakiegoś głupiego impulsu poszłam tam, by powiedzieć im co myślę. Dlaczego nie zrezygnowałam z tego zamiaru, kiedy strażnicy nie chcieli mnie wpuścić? Nie wiem. Po prostu mi odwaliło, to jedyne uzasadnienie jakie przychodzi mi do głowy.
  - I co zrobiłaś, gdy nie chcieli cię wpuścić?
  - No cóż… wepchnęłam się na siłę. Wpadłam na to zebranie i powiedziałam, że żądam zaniechania ataku na Soldiercount! i zniesienia przymusowej służby wojskowej. – Małgorzata popatrzyła na współwięźnia chcąc sprawdzić jego reakcję, jednak panujący w celi mrok jej to uniemożliwiał, a on konsekwentnie i uparcie milczał. – Ogólnie rzecz biorąc wszystkich zatkało. Carlos potrzebował chwili żeby to przetrawić, ale ostatecznie bez żadnego komentarza usadził mnie tutaj. – Małgorzata zrobiła krótką pauzę po czym dodała – To koniec mojej historii, teraz twoja kolej.
Idźstądiks milczał przez chwilę, jakby chciał przemyśleć to co chce powiedzieć.
  - Zacznę tak jak ty. – powiedział. – Wiesz coś na temat państwa o nazwie Praxgaleum?
  - Tak, to jest jedno z podbitych przez Carlosa państw, jedno z większych.
  - Nie, księżniczko, to nie jest jedno z podbitych przez Carlosa państw. To jest jedyne kupione przez Carlosa państwo. – powiedział Idźstądiks. – Kupione. – powtórzył jeszcze raz, głosem bardziej chłodnym niż zwykle. – I to za śmieszną wprost cenę.
  - Nie rozumiem. Jak to kupione?
  - Zacznę od początku. W Praxagaleum rządził Praxton III. Człowiek jak najbardziej odpowiedzialny, kompetentny i przede wszystkim świetny dyplomata. Dane mu było rządzić całe dwanaście lat. Już w drugim roku swojego panowania zawarł pokój wiekuisty z Prawym Królestwem Sierraxio, obecnym Królestwem Wielkiego Pana i Władcy Carlosa. Tak, zawarł pokój z twoimi rodzicami. Pokój, który trwał osiem lat. Pokój, który Carlos zerwał siedem lat temu atakując Praxagaleum, które mimo zaskoczenia zdołało się obronić. Praxton III odparł atak Carlosa i na dwa lata wszystko ucichło. Jednak po dwóch latach, gdy Carlos nabrał już trochę wprawy i doświadczenia spróbował ponownie, tym razem z innej strony. Splamił honor swój, twoich rodziców i całego Królestwa. Zachował się… zresztą sama osądź jak. Przekupił bratanka Praxtona III, który podstępnie zamordował władcę. Oczywiście nie własnymi rękami, przypuszczam, że nie byłoby go na to stać. Wynajął tego śmiesznego Wypaczonegoiksa, który odwalił…
  - Zaraz, zaraz! – przerwała mu Małgorzata. – Kogo wynajął?
  - Wypaczonegoiksa. Tego samego Wypaczonegoiksa, który miał zabić najpierw Ciebie, a później Carlosa, o czym dowiedziałem się później niż powinienem.
  - Zaraz, zaraz… jak to… ja… ja nic nie rozumiem! Skąd o tym wiesz?
  - Niewiele czasu mi zajęło znalezienie Wypaczonegoiksa. Jeszcze nigdy nie spotkałem płatnego mordercy, który byłby takim idiotą. I pomyśleć, że takie ścierwo zamordowało Praxtona III. W każdym razie zaproponowałem mu propozycję współpracy nie do odrzucenia, żeby trochę na nim zarobić zanim go zabiję. Sytuacja się trochę skomplikowała, gdy dowiedziałem się, że dostał zlecenie na ciebie. Skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się, że Wypaczonegoiks bez mojej wiedzy zamienił zlecenia. Że chce zabić Carlosa.
  - Wtedy to ty zabiłeś Wypaczonegiksa. – stwierdziła Małgorzata.
  - Tak. Tym sposobem zarobiłem na nim tylko pięć tysięcy guldenów, które i tak są twoje.
  - Właściwie to Carlosa… – burknęła Małgorzata. – Więc to byłeś ty. – Dodała po chwili ciszy.
  - Tak, a jeśli już jesteśmy przy tym temacie to chciałbym cię o coś zapytać.
  - Słucham.
  - Naprawdę chciałaś zabić Carlosa w ten sposób?
  - Nie. Nie chciałam go zabić. Właściwie to chciałam zapewnić sobie bezpieczeństwo, to po pierwsze, a po drugie, chciałam zdemaskować Wypaczonegoiksa. Ale to jest nieważne. Skończ swoją opowieść, bo nadal nic z tego wszystkiego nie rozumiem.
  - Dobrze. Zaraz wszystko stanie się jasne. Powiedziałem, że Wypaczonegoiks zamordował Praxtona III na zlecenie jego bratanka. Po prostu pewnego dnia znaleziono władcę powieszonego w jego sypialni. Oficjalnie popełnił samobójstwo. Tego samego dnia ogłoszono, że zaginął jedyny syn Praxtona III, który miał przejąć po nim władzę. Pogrążony w obłudnym żalu bratanek Praxtona III przybrał bezczelnie imię Praxton IV i zaczął rządzić państwem. Kilka tygodni później Carlos ponownie zaatakował Praxagaleum. Nie można powiedzieć, by walki były krwawe. Właściwie nie można w tym przypadku mówić o jakichkolwiek walkach. Carlos po prostu wszedł jak do siebie i zaczął rządzić. – Idźstądiks zamilkł, więc po chwili ciszy Małgorzata zapytała:
  - No dobrze, ale jak to się wiąże z tobą?
  - Wspomniałem o zaginionym synu Praxtona III. Ja nim jestem. – Idźstądiks milczał przez chwilę. – Praxagaleum to moja ojczyzna. Tam się urodziłem i tam wychowałem i tam żyłem dopóki Carlos bezczelnie go nie zagarnął. Nie zamierzam tak po prostu oddać mu swojego państwa. Odzyskam je, wolne i niepodległe. – w chłodnym i nienaturalnie niskim głosie Idźstądiksa nie było słychać ani zawziętości, ani buńczuczności, czy nawet po prostu dumy. Powiedział to wszystko spokojnie i z imponującą pewnością siebie. On po prostu wiedział, że nie może być inaczej.
  - I dlatego tu jesteś? Zamknęli cię za działalność powstańczą?
  - Mniej więcej. Właściwie to Carlos chyba nie wie, kim naprawdę jestem. W przeciwnym razie już bym dawno nie żył. Ale faktycznie, od dwóch lat w Praxagaleum sprawnie funkcjonuje państwo podziemne, którego Carlos do tej pory nie zdołał rozbić.
  - A dlaczego ten wasz Praxton mu nie pomaga?
  - Praxton IV to najbardziej nieudolny władca w całej historii Praxagaleum. On się niczym nie potrafi zająć.
  - No dobrze, ale tak właściwie to skąd ty się tu wziąłeś? Przecież podobno zaginąłeś.
  - To była oficjalna wersja. Tak naprawdę dwa dni przed śmiercią mojego ojca wyjechałem z Praxagaleum. Miałem złożyć wizytę u księcia Artexa z Wielkiego Poznaniowskiego Imperium Światła. Kiedy stamtąd wróciłem było już po fakcie, niepodległe Praxagaleum już nie istniało. To było bardzo sprytne, wykorzystali moją nieobecność.
  - A dlaczego Cię po prostu nie zabili? Tak chyba było by łatwiej.
  - Nie uważasz, że to by było trochę zbyt podejrzane gdyby zabili nas oboje?
  - No w sumie… rzeczywiście. – Małgorzata zastanawiała się jeszcze nad tym przez chwilę po czym zapytała – A jaka jest bezpośrednia przyczyna twojego pobytu tutaj?
  - Właściwie to nie wiem. Ktoś musiał zacząć sypać.
  - To co teraz będzie z waszym powstaniem?
  - Jak to co?
  - No, nie odbędzie się chyba, skoro tu siedzisz?
  - Ależ skąd. Wysłałem już wiadomość, że wszystko ma się nadal odbywać zgodnie z planem i...
  - Zaraz! – znów mu przerwała. – Jak to wysłałeś wiadomość?
  - No normalnie. Przez klawisza.
  - To stąd można wysyłać wiadomości?
  - Nie można. – powiedział Idźstądiks.
  - Ale ty możesz?
  - Nie mogę. Ale to nie znaczy, że tego nie robię.
  - A możesz mi to załatwić? – zapytała Małgorzata.
Idźstądiks milczał przez chwilę, po czym podniósł się i podszedł do krat. Małgorzata usłyszała jak cicho gwiżdże jakąś skoczną melodykę. Pogwizdał tak przez chwilę po czym umilkł i przykucnął koło Małgorzaty podając jej jakiś malutki zwitek papieru i ogryzek ołówka.
  - Krótko i zwięźle. – powiedział.
  - Ale ja nic nie widzę. – wraz z ostatnim wypowiadanym słowem Małgorzata usłyszała charakterystyczny dźwięk wydobywający się przy pocieraniu zapałki o draskę i już po chwili ciemną celę rozjaśnił drgający płomyk małej świecy.
W jego świetle Małgorzata wreszcie zobaczyła twarz swojego towarzysza niedoli.
  - Ojej. – wyrwało jej się ze zdziwienia. W jej głowie w ciągu kilku sekund pojawił się ciąg wspomnień i skojarzeń: pragmat linearny, wizja niezidentyfikowanej twarzy, a następnie skojarzenie z inną wizją ciemnej surowej celi i więźnia. I nagle wszystko stało się jasne. To twarz Idźstądiksa Małgorzata wtedy widziała, i to on był tym więźniem, którego dostrzegła w pragmacie. – Ojej. – powtórzyła Małgorzata nie bardzo wiedząc co począć z tym odkryciem. Dotarło do niej w tym momencie, że zobaczyła wtedy… przyszłość.
  - Czuję się niezręcznie. – powiedział Idźstądiks. – Jeszcze nigdy nikt mnie nie uraczył takim komentarzem.
  - Nie, to nie tak. To znaczy… chodzi o to… - Małgorzata zaplątała się nie widząc jak ma wytłumaczyć to „ojej”. – Bo ja już cię kiedyś widziałam.
  - To raczej nie jest możliwe.
  - No tak. To znaczy nie. Ja.. nie widziałam cię dosłownie, tylko… no dobrze, zabrzmi to idiotycznie, ale widziałam cię w wizji. I to dwukrotnie. Raz po prostu twoją twarz, a później… dokładnie tą sytuację. To więzienie i… - Małgorzata zawahała się. – Ja wiem, że to idiotyczne, ale… jest takie coś… taka kartka… w której można zobaczyć różne rzeczy… no i podobno przyszłość też, chociaż ja w to wcześniej nie wierzyłam… a jednak okazało się, że to prawda.
Idźstądiks przyglądał się Małgorzacie uważnie nad płomykiem świecy.
  - Pośpiesz się z tą wiadomością. – powiedział w końcu.
Małgorzata zaczęła pospiesznie skrobać na małym świstku papieru zastanawiając się w międzyczasie, czy przypadkiem już całkiem nie oszalała. Mogła sobie darować tą historię z pragmatem. Była pewna, że wyrobiła sobie u Idźstądiksa opinię kompletnej wariatki.
  - Co jest? – usłyszała nagle jakiś nieprzyjemny głos.
  - Przesyłka. – powiedział Idźstądiks. – Skończyłaś? – dodał szeptem do Małgorzaty.
  - Tak. – odszepnęła i podała mu zwitek papieru wraz z ołówkiem.
Idźstądiks zdmuchnął płomyk świeczki i przekazał kartkę klawiszowi, który zapytał:
  - Tam gdzie zawsze?
  - Nie. – powiedział Idźstądiks i spojrzał z pytaniem w oczach na Małgorzatę.
  - Do księżniczki Izixinalilianaxy. – powiedziała Małgorzata.
Klawisz najpierw spojrzał ze zdziwieniem na Małgorzatę, a później na Idźstądiksa, ale gdy ten kiwnął głową, odwrócił się i odszedł bez słowa.

***

     Małgorzata siedziała w ciemności pod ścianą milcząc. Pod przeciwną ścianą siedział Idźstądiks i również milczał. Można by powiedzieć, że w celi panowała niezręczna cisza. Księżniczka zastanawiała się nad jakimś tematem do rozmowy, ale nic jej nie przychodziło do głowy.
  - Czy ten klawisz przyniesie mi jakąś odpowiedź? – zapytała w końcu.
  - Nie sądzę. – powiedział Idźstądiks.
  - A jaka jest pewność, że ta wiadomość dotrze do celu? – zapytała Małgorzata po długiej chwili ciszy.
  - Dość spora. – odparł Idźstądiks.
Ponownie zapadła długa, męcząca cisza. Małgorzata zastanawiała się, czy Idźstądiksowi też ona przeszkadza. W końcu po kilkunastu minutach to on ją przerwał mówiąc:
  - Chyba będziesz miała gościa.
  - Gościa? Ja? – zdziwiła się Małgorzata.
  - Ktoś idzie. – powiedział Idźstądiks. – Raczej nie do mnie, to nie jest godzina przesłuchań.
Małgorzata faktycznie usłyszała kroki, jeszcze dość dalekie, odbijające się echem po korytarzu. Stawały się coraz wyraźniejsze, aż w końcu dało się odróżnić dwie pary stóp. Małgorzata ze zdziwieniem stwierdziła, że rozpoznaje charakterystyczne szuranie Carlosa. Podniosła się z podłogi i podeszła do krat odgradzających celę od korytarza. Po chwili w zasięgu jej wzroku pojawił się jej brat. Machnął ręką na klawisza żeby sobie poszedł, zbliżył się do krat i powiedział:
  - No i po co ci to było siostra?
Małgorzata nic nie powiedziała, tylko spiorunowała go spojrzeniem. Carlos nie zwrócił jednak na to uwagi.
  - Doigrałaś się siostra, nie? He he, doigrałaś się jak cholera. Było mi nie ryć bani. Ale nie, bo ty zawsze tylko, na złość i na złość, byle by mi życie utrudnić, nie? He he, no to masz teraz czego chciałaś. A tak w ogóle to wiesz za co siedzisz? – Carlos nie doczekał się odpowiedzi, mimo to kontynuował. – Siedzisz za złamanie bezpośrednich poleceń Pana i Władcy, czyli moich, oraz za utrudnianie funkcjonowania wewnętrznego państwa.
  - Nie wiedziałam, że znasz takie trudne słowa. – powiedziała Małgorzata.
  - Nie ryj mi bani.
  - Co będzie z Soldiercount?! – zapytała Małgorzata po krótkiej chwili ciszy.
  - Jak co będzie, nic nie będzie, zniszczę, zmiażdżę, zrównam z ziemią to skurwysyńskie państewko. I ty mi w tym nie przeszkodzisz, dziwię się, że w ogóle próbowałaś, głupia. Jeszcze dziś w nocy będzie pobór, a za dwa tygodnie urządzę im taką patologię, że popamiętają mnie przez w chuj długi czas. Jeśli ktokolwiek, kurwa, przeżyje.
  - I to mi zarzucasz głupotę? – zdenerwowała się Małgorzata. – Czy ty słyszysz co mówisz? Ty chyba oszalałeś!
  - Siostra! Ty się miarkuj w słowach, kurwa! Bo więzienie to nie najgorsze co cię może spotkać!
  - A co, zabijesz mnie? Zamordujesz podstępnie? Będzie do kompletu, cała rodzina wymordowana.
  - Jak się dalej będziesz wpierdalać w to co nie trzeba, to czemu nie!
  - Mój testament też swingujesz?
Carlos wybuchną śmiechem.
  - Przecież ty masz tylko książki. – powiedział przez śmiech.
  - Nie bądź taki pewny!
Carlos natychmiast przestał się śmiać.
  - Jest coś o czym nie wiem?
  - Jest bardzo dużo takich rzeczy i nigdy się o nich nie dowiesz! Nie dość, że od samego początku szukasz tylko pretekstu żeby się mnie pozbyć, fałszujesz testament naszych rodziców, oskarżasz o ich śmierć niewinnego człowieka, to jeszcze plamisz honor naszej rodziny podstępnie zdobywając terytoria, które ci się nie należą! Kradniesz, zabijasz i krzywdzisz! Jesteś zły, podstępny, perfidny, bezczelny, okrutny, wręcz bestialski, jesteś… jesteś podły! I nie potrafiłeś docenić tego, że ja bym ci to wszystko wybaczyła! – Małgorzata wyrzuciła z siebie to wszystko i poczuła jak uszło z niej coś, co do tej pory bardzo ciężko zalegało jej gdzieś w gardle, a może nawet gdzieś w sercu. Poczuła, że łzy napływają jej do oczu i nie będzie ich mogła dłużej utrzymać.
  - Chciałbym cię poinformować droga siostrzyczko, że nasi rodzice wcale nie byli tacy święci. – wysyczał Carlos, który najwyraźniej też stracił nad sobą panowanie. – To dzięki mnie Królestwo stało się mocarstwem, oni nic nie robili. Zasłużyli sobie na to co spotkało ich z rąk Czaroslavixa.
Małgorzata spojrzała na niego oczami szeroko otwartymi ze zdziwienia.
  - To… to ty wiedziałeś? Wiedziałeś, że to nie Jakubix… że nie on…
  - Tak, kurwa wiedziałem, wiedziałem od samego początku! Myślisz, że ten cały Czaroslavix sam wpadłby na ten pomysł? To ja sam musiałem wszystko wymyślić, a ten Jakubix idealnie się nadawał na kozła ofiarnego, a poza tym… - w tym momencie Carlos zorientował się, że chyba powiedział za dużo. – A poza tym przyzwyczajaj się do tej celi, bo postaram się żebyś z niej już nigdy nie wyszła! – rzucił Carlos, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł bardzo szybkim krokiem.
  - Ty łajzo! Ty wstrętny, podstępny morderco! – wrzeszczała za nim Małgorzata szarpiąc za kraty, które ani drgnęły. – Ty cholerny draniu! Ty nikczemna kanalio, łajdaku ty, padalcu! Ty… - Małgorzata czuła jak opuszczają ją siły. – Ty… ty szmato. – Jęknęła na koniec po czym osunęła się na podłogę i zaczęła płakać.

***

     Siałka siedziała w fotelu z książką w ręku i kotem na kolanach, gdy usłyszała dzwonek przy głównych drzwiach. Spojrzała zdziwiona na Alexę, która siedziała przy biurku rysując coś zawzięcie, ale ta nawet nie podniosła głowy. Siałka wstała, zrzuciła kota i poszła otworzyć drzwi. Jej zdziwienie wzrosło jeszcze bardziej, gdy okazało się, że nikt w nich nie stoi, tylko na progu leży jakiś mały zwitek papieru. Siałka podniosła go z wahaniem i rozejrzała się po okolicy, ale nikogo nie dostrzegła, zamknęła więc drzwi, rozwinęła papier i rozpoznała niewyraźne, pośpieszne pismo Małgorzaty:

     Siałka!
     Carlos wsadził mnie do więzienia! Tego pałacowego! Planuje atak na Soldiercount!, zwiększenie podatków i pobór. Będzie bunt! Przekaż reszcie.

Małgorzata.

     Siałka przeczytała tekst trzy razy nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
    - Marthyneas! – krzyknęła w stronę sąsiedniego pokoju głosem pełnym przestrachu.

***

     Małgorzata poczuła nagle czyjąś dłoń na ramieniu.
  - Nie płacz, księżniczko. Carlos nie jest tego wart. – powiedział Idźstądiks.
Małgorzata tak się przejęła rozmową z bratem, że zapomniała o jego obecności w celi.
  - Mam nadzieję, że Carlos się nie dowie, że byłeś świadkiem tej rozmowy. – powiedziała Małgorzata próbując powstrzymać łzy wciąż napływające do oczu. – W przeciwnym razie nie pożyjesz za długo.
Idźstądiks widząc, że Małgorzata zaczyna się powoli uspokajać cofnął się z powrotem na swoje miejsce pod ścianą.
  - Przepraszam. – powiedziała Małgorzata po chwili ciszy. – Wstyd mi, że się tak rozkleiłam.
  - Miałaś prawo. Nie co dzień człowiek dowiaduje się, że jego rodziców zamordował własny brat.
  - Ja nie wiedziałam… nawet mi nie przyszło do głowy… że on mógł mieć z tym coś wspólnego… - Małgorzata urwała, bo poczuła jak świeże łzy ściskają ją za gardło.
Idźstądiks milczał przez chwilę, po czym zaczął niepewnie.
  - Posłuchaj, ja wiem, że to może niezbyt odpowiedni moment… ale wydaje mi się, że możemy sobie pomóc.
Małgorzata otarła rękawem łzy z policzków i zapytała:
  - Co masz na myśli?
  - Nie chcesz, żeby Carlos zaatakował Soldiercount!, prawda?
  - Prawda.
  - I chyba nie chcesz, żeby dłużej podbijał, krzywdził i mordował, prawda?
  - Prawda.
  - Czyli… nie chcesz żeby dłużej rządził Królestwem. Prawda?
Małgorzata zawahała się.
  - Prawda. – powiedziała w końcu.
  - Ja też nie chcę. – powiedział Idźstądiks. – Dlatego też… chciałbym ci zaproponować układ.
  - Słucham. – powiedziała Małgorzata, gdy Idźstądiks zamilkł wyraźnie oczekując jakiejś reakcji.
  - Oboje mamy wspólny cel, można by rzecz, że stoimy po tej samej stronie barykady. Myślę, że mógłbym ci pomóc w zaprowadzeniu porządku w Królestwie w zamian za pomoc w zaprowadzeniu porządku w Praxagaleum.
  - Yyy… To znaczy?
Idźstądiks milczał przez chwilę, a Małgorzata miała wrażenie, że gdyby nie ta nieprzenikniona ciemność, to przyglądałby się jej ze zdziwieniem.
  - No cóż. – powiedział. – Jak by nie patrzył trzeba przede wszystkim pozbyć się Carlosa.
  - Znaczy, że… w sensie zabić?
  - A nie chcesz tego?
  - Ja właściwie… ale zaraz. Właściwie to dlaczego wtedy nie pozwoliłeś Wypaczonegoiksowi zabić Carlosa, skoro chcesz żeby zginął?
  - Bo to nie byłaby taka śmierć na jaką zasłużył. A poza tym… czy miałbym się zachować tak jak Praxton IV? Nie, Carlos musi najpierw zostać oficjalnie pozbawiony władzy.
  - I ty chcesz mu ją odebrać?
  - Ja? – zdziwił się Idźstądiks. – Przecież to ty masz to zrobić.
  - Ja? To znaczy… no niby tak, ale wiesz, ja nigdy nie pozbawiałam nikogo władzy, nie mam pojęcia jak to się robi.
  - Przeważnie nie tak jak się zamierza. Oczywiście trzeba wszystko zaplanować, ale zazwyczaj takie plany nigdy nie wychodzą i wszystko odbywa się przypadkiem.
  - To co, powinniśmy teraz zacząć… - Małgorzata chciała jeszcze dodać „planować?”, ale przerwał jej krzyk głównego klawisza dobiegający z końca korytarza.
  - Do broni! Wszyscy do broni! Ruszać się łajzy! – wrzeszczał klawisz.
Małgorzata wstała, podeszła do krat i spróbowała dostrzec co się dzieje na korytarzu. Biegali po nim w panice klawisze nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić, a główny klawisz wciąż wrzeszczał:
  - Wypierdalać ze stanowisk! Ruszać dupy patałachy, bo głowy potracicie!
  - Co tam się dzieje? – zapytała Małgorzata Idźstądiksa, który stanął obok niej przy kratach.
  - Myślę, że niebawem się dowiemy. – powiedział Idźstądiks.
Jakby w odpowiedzi na jego słowa, gdzieś na górze coś przeraźliwie huknęło. Na chwilę wszyscy klawisze zamarli, po czym zaczęli biegać jeszcze bardziej chaotycznie niż wcześniej, choć jakby nieco żwawiej. Główny klawisz nadal się wydzierał wyzywając ich od najgorszych, co wbrew jego zamierzeniom, chyba wcale im nie pomagało. Po chwili przeraźliwe huknięcie się powtórzyło.
  - Księżniczko… – powiedział Idźstądiks.
  - Hm?
  - Myślę, że się zaczęło.

2 kwiecień 2009

ROZDZIAŁ DZIEWIĘĆDZIESIĄTY TRZECI

     Małgorzata siedziała roztrzęsiona na łóżku. Nadal było jej niedobrze, a okiennice wciąż trzaskały uderzane podmuchami wiatru. Starała się ze wszystkich sił wyrzucić z pamięci obraz tego strasznego snu. Zamykała oczy i natychmiast je otwierała. W końcu wstała i zatrzasnęła okiennice. Cisza jaka zapadła, zaczęła powoli uspokajać. Serce stopniowo zmniejszało częstotliwość uderzeń, a oddech się wyrównywał.
     Mimo to Małgorzata już nie zasnęła tej nocy.

***

     Małgorzata właśnie miała zejść do kuchni na śniadanie, gdy usłyszała pukanie do drzwi.
  - Proszę. – powiedziała i do pokoju wszedł kamerdyner.
  - Przepraszam, że ośmielam się niepokoić o tak wczesnej porze, księżniczko.- powiedział złożywszy ukłon i podał Małgorzacie list.
  - Nie szkodzi, i tak nie spałam. Dziękuję. – Małgorzata rozerwała białą kopertę, wyjęła małą kartkę i przeczytała:

Księżniczko Małgorzato!
     Wielki Pan i Władca zwołał na dzisiaj, na godzinę ósmą rano zebranie wszystkich doradców królewskich. Ma tyczyć się ono planowanego ataku na Soldiercount!
     Carlos jest zdeterminowany.
     Liczę na odzew.

     Z wyrazami szacunku
Doradca ds. Wojen i Konfliktów Zbrojnych Na Południu.

     Małgorzata spojrzała na zegarek. Zebranie miało rozpocząć się za piętnaście minut. Księżniczka wstała i zaczęła krążyć po pokoju.
  - Przecież tam nie pójdę. – powiedziała do siebie. – Jeszcze nie oszalałam. – zerknęła na list. – Liczę na odzew. Jaki odzew? Niby co mam zrobić? Napiszę mu, że dziękuję za informacje, ale nic nie mogę zrobić. – zastanawiała się jeszcze przez chwilę, po czym stwierdziła – Tak właśnie zrobię.
Usiadła przy stoliku, wyjęła kartkę papieru i zamyśliła się z piórem zawieszonym pięć centymetrów nad nią. W końcu zaczęła:
  - Drogi doradco... – urwała. – Nie to takie zbyt poufałe. – zgniotła kartkę i wzięła następną. – Szanowny doradco... – znów urwała. – Nie, nie. Jakieś to takie... zbyt oficjalne. – zgniotła kolejną kartkę i wyjęła następną. – No jaki ten doradca może być? – zamyśliła się na dłużej.
Nic jednak nie wymyśliła i napisała w końcu:
  - Doradco! Bardzo dziękuję za informację, które byłeś łaskaw mi przekazać... – szeptała do siebie skrobiąc z zapałem po kartce. – Jednakże nie... – znów przerwała. – Jednakże co? Nie jestem w stanie? Nie wiem co zrobić? Przecież nie przyznam się, że nie wiem co robić. – znów zastanawiała się przez dłuższy czas, po czym zgniotła kartkę i rzuciła na podłogę.

***

     Małgorzata popatrzyła na porozrzucane po całej podłodze kartki.
  - No do cholery jasnej! Czy to naprawdę takie trudne? Napisanie kilku słów, w których trzeba się przyznać do swojej bezsilności? – Małgorzata wstała z rozmachem, kopnęła zgniecione kartki walające się po podłodze i zaczęła z furią krążyć po pokoju. Po chwili zatrzymała się i spojrzała na zegarek. – Zebranie trwa od pół godziny. – mruknęła. – Coś trzeba zrobić!
Obeszła jeszcze dwa razy pokój i bardzo szybkim krokiem z niego wyszła.
     Przeszła przez pałac równie szybkim krokiem zbliżonym do biegu i zatrzymała się przed salą konferencyjną Pana i Władcy Carlosa. Zatrzymała się tylko dlatego, że drogę zastąpiło jej dwóch strażników Gwardii Królewskiej – osobistej gwardii Carlosa dostępnej na każde jego zawołanie.
  - Trwa posiedzenie. – powiedział jeden z nich. – Te drzwi są obecnie dla ciebie, księżniczko, zamknięte.
  - Śmiesz mi czegokolwiek zabraniać? – zapytała Małgorzata patrząc mu w oczy.
  - Ja? Ależ skąd. To rozkaz Wielkiego Pana i Władcy Carlosa. – odparł strażnik.
Małgorzatę na chwilę zatkała jego arogancja i pewność siebie. Otrząsnęła się i powiedziała przeszywając go wzrokiem:
  - Zejdź mi z drogi.
  - Nie. – powiedział strażnik Gwardii Królewskiej bez najmniejszego cienia niepewności, czy zawahania w głosie.
Małgorzata po tym jednym słowie zorientowała się, że nie podziałają na niego żadne środki perswazji. Odwróciła się więc do nich plecami i odeszła parę kroków, po czym błyskawicznie znów się obróciła i rzuciła między dwóch strażników. Nim zdążyli się zorientować co się dzieje Małgorzata była już za drzwiami.

***

  - Co jest, kurwa? – zapytał Carlos, widząc wpadającą do sali Małgorzatę i dwóch strażników wbiegających tuż za nią.
  - Wielki Panie i Władco… - zaczął się tłumaczyć jeden ze strażników, ale nie zdążył, bo przerwała mu Małgorzata, bardzo pewnym, podniesionym i dość buńczucznym tonem mówiąc:
  - Żądam natychmiastowego zaprzestania jakichkolwiek działań wojennych wymierzonych przeciwko Soldiercount! A przede wszystkim żądam absolutnego zlikwidowania armii poborowej, a co za tym idzie zmniejszenia podatków!
Po tych słowach zapadła tak głęboka cisza, że Małgorzacie brzęczało w uszach. Wszyscy wstrzymali oddech. Nawet dwóch strażników Gwardii Królewskiej zamarło w pół ruchu, jeden z wyciągniętą ręką, którą miał zamiar złapać Małgorzatę za ramię i wyprowadzić. Małgorzata popatrzyła wzdłuż stołu, przy którym zgromadzili się chyba wszyscy doradcy Carlosa. Ich twarze wyrażały nieopisane zdziwienie i zaskoczenie, choć gdzieniegdzie Małgorzata dostrzegała jakby skrywany podziw. Natomiast Carlos sprawiał wrażenie jakby nie bardzo zrozumiał to co powiedziała jego siostra. Sekundy wlokły się niemiłosiernie i Małgorzata czuła się niesamowicie niezręcznie stojąc wśród ciszy na środku sali i czując na sobie spojrzenia wszystkich doradców. Ku zaskoczeniu Małgorzaty wśród zebranych zaczęły dobywać ciche pomruki aprobaty, niektórzy zaczęli nawet kiwać głowami z uznaniem. Małgorzata popatrzyła na Doradcę Do Spraw Wojen i Konfliktów Zbrojnych Na Południu, który się do niej uśmiechał. Małgorzata doszła do wniosku, że nie jest źle i już chciała kontynuować temat, gdy do Carlosa najwyraźniej dotarł sens jej wypowiedzi. Podniósł się i powiedział tylko jedno, słowo dziwnie przenikliwym głosem:
  - Straż!
Dwóch strażników nadal stojących za Małgorzatą nagle się ocknęło. Złapali ją za ramiona i wyprowadzili z sali. Prosto do więzienia.

29 marzec 2009

ROZDZIAŁ DZIEWIĘĆDZIESIĄTY DRUGI

     Mężczyzna szedł szybkim krokiem przez ulice Mokrej Dzielni wśród zapadającego zmierzchu. Wiedział, że jest śledzony przez jakiś dwóch typków, ale nie oglądał się. Szedł przed siebie pewny, że za chwilę ich zgubi w jakiejś ciemniejszej bramie. Przeszedł jeszcze parę kroków z zamiarem skręcenia w lewo i poprawił kapelusz, gdy nagle drogę zastąpiło mu troje ludzi z mieczami przy bokach. Na głowie mieli czapki z symbolem Gwardii Królewskiej. Za nim zmaterializowali się nagle ci dwaj, którzy go śledzili. Mieli takie same czapki.
  - Jesteś aresztowany w imieniu Wielkiego Pana i Władcy Carlosa. – powiedział jeden z nich, a drugi wyciągnął kajdanki.

***

     Była ciemna noc. Małgorzata szła przez stary, zdewastowany i zdezelowany cmentarz. Blade światło księżyca wyłaniało z mroku nieforemne kształty popękanych i poprzewracanych krzyży. Małgorzata strasznie się bała. Była przerażona. Bardzo chciała zawrócić, uciec stąd jak najszybciej, ale nie mogła. Nogi same niosły ją przez cmentarz. Ale to nie on wzbudzał jej strach. Przecież złe duchy nie istnieją. A nawet jeśli, to przecież tylko duchy. Niematerialne mgiełki.
     Ale Małgorzata wiedziała, że jest tu coś jeszcze. Coś czego na razie nie widać, coś strasznego, okropnego i przerażającego. Coś bezpośrednio jej zagrażającego. Czai się gdzieś w mroku i śledzi każdy jej krok. Małgorzata czuła, że nie wytrzyma dłużej tego napięcia. Wiedziała, że wpadnie zaraz w panikę i zacznie biec. I wtedy to coś się na nią rzuci.
     Nagle usłyszała gdzieś z lewej strony bardzo ciche szuranie. I rzeczywiście nie wytrzymała. Rzuciła się w panice do ucieczki. Biegła i biegła, ale otoczenie się nie zmieniało. Wciąż te same krzyże i ten sam mrok. Małgorzata zwolniła i rozejrzała się. Nie, to wcale nie były te same krzyże. Małgorzata poczuła jak jej mózg zamyka się na to co widzą oczy. Poczuła jak niepojęta panika obezwładnia rozsądek, a serce zamiera z poczucia skrajnej grozy.
     Cmentarne krzyże z grobowców przemieniły się w białe krzyże na plecach wielkich, czarnych owłosionych pająków. Były ogromne, wypełzały powoli z grobów, wyciągały ohydne, czarne odnóża i toczyły się powoli w stronę Małgorzaty, otaczając ją nierównym, poszarpanym kręgiem.
  - To się nie dzieje naprawdę, to się nie dzieje naprawdę, to się nie dzieje, nie, nie, to się nie dzieje naprawdę... – szeptała Małgorzata gorączkowo, a białe krzyże jasno odbijały światło księżyca.
Małgorzata wiedziała już, że umrze. Nie była w stanie wykonać jakiegokolwiek ruchu sparaliżowana przerażeniem. Wielkie krzyżaki zbliżały się do niej obrzydliwymi pajęczymi ruchami, a ona mogła się zdobyć jedynie na mocne zaciśnięcie powiek i powtarzanie:
  - To się nie dzieje naprawdę, to się nie dzieje...
Nagle Małgorzata usłyszała dziwnie realny, suchy trzask. Otworzyła oczy i poczuła, że kręci jej się w głowie. Serce tłukło jej się w piersi jak oszalałe, a wiatr trzaskał niedomkniętymi okiennicami. Małgorzata poderwała się z łóżka, pobiegła do łazienki i zwymiotowała.

***

     Gandalf siedział w książęcym szlafroku, z brodą wspartą na dłoni i dumał. Jego myśli biegły dwutorowo, zastanawiał się nad tym, co usłyszał od ojca Marthyneas, a także nad tym co może odkryć prywatny detektyw, którego wynajął. Cała ta sprawa z Rhadoslavoxosem śmierdziała dla niego z daleka czymś bardzo nieprzyjemnym. „W sumie wcisnął Siałce niezły kit.” – pomyślał. – „Gdyby nie zapewnienia Małgorzaty, to sam bym w to uwierzył. Ludzie czasem zabijają się dla interesów. Faktycznie mogło być tak, że zupełnie przypadkowo go wtedy nie było, przecież ludzie czasem wychodzą z domu.”
     Gandalf spojrzał na kartkę z pragmatem linearnym, którą trzymał w ręku. „Nie wiem co z tym zrobić.” – pomyślał. „Z tą Siałką to zawsze są jakieś problemy.” – dodał w myślach po chwili. W końcu doszedł do wniosku, że bardzo chce mu się spać, więc położył się i już po pięciu minutach śniły mu się pragmaty linearne atakujące Siałkę. Próbował ją przed nimi bronić, starał się ze wszystkich sił, ale nie mógł jej dosięgnąć. A obok stał ojciec Marthyneas i zaśmiewając się do łez mówił:
  - Świat nie potrzebuje zbawienia.

***

     Alexa przetarła zmęczone oczy i spojrzała na pokaźny stos papierów leżący na jej biurku. Zerknęła na zegarek, była druga w nocy, stwierdziła więc, że na dzisiaj już wystarczy. Pozbierała z podłogi nieudane rysunki, wyrzuciła je i nastawiła uszu. Z pokoju obok dobiegał miarowy oddech Siałki, która najwyraźniej już spała. Dowiedziały się, że ten nieszczęsny ślub ma odbyć się za miesiąc. Rhadoslavoxos chciał go przyspieszyć, ale Siałka stwierdziła, że miesiąc to i tak mało na przygotowania. „No i dobrze.” – pomyślała Alexa. – „Coś w tym czasie musi nam się udać.”